Trzeba pamiętać, że praktykowanie okultyzmu w jakiejkolwiek formie sprawia, że człowiek jest kierowany i manipulowany przez złe duchy, a konsekwencje tego są tragiczne. Następują poważne zaburzenia i cierpienia w sferze fizycznej, psychicznej i duchowej, spowodowane działaniem sił zła. Pojawiają się myśli samobójcze i bluźniercze, awersja do modlitwy i sakramentów, smutek, depresja, różne obsesje, diabelskie nękania, a czasami dochodzi nawet do opętania.
Ci wszyscy, którzy praktykują różne formy okultyzmu, dobrowolnie oddają się w niewolę złych duchów. Szczególnie niebezpieczne jest korzystanie z usług różnego rodzaju bioenergoterapeutów, uzdrowicieli i jakichkolwiek paranormalnych sposobów leczenia.
Dlaczego tak się dzieje? Otóż różnego rodzaju techniki ćwiczeń i medytacji wschodnich powodują zwiększenie energii kundalini, co powoduje otwarcie w człowieku tak zwanych czakr. Przyczynia się to do nawiązania kontaktu z energiami złego pochodzenia. Poprzez czakry, które są centrami energetycznymi, człowiek oddaje się pod panowanie złej duchowej mocy, którą można się również posługiwać w różnorakich praktykach okultystycznych.
Urodzony w Belgii o. Jacques M. Verlinde, gdy miał 17 lat, odrzucił Chrystusa i wszelkie katolickie praktyki religijne. Po skończeniu studiów i napisaniu pracy doktorskiej z chemii nuklearnej wyjechał do Indii. Przebywał tam 4 lata, gdzie w hinduskich aśramach dniami i nocami praktykował różne techniki medytacji, ćwiczenia jogi, recytowanie mantry – wszystko w tym celu, aby otworzyć się na doświadczenie Boga. Nie znalazł tam jednak tego, czego szukał. Tak wspomina o. Verlinde swoje szczególne doświadczenie podczas pobytu w Indiach: „W czasie długich medytacji wielokrotnie zdarzało mi się, że w momencie wychodzenia z tego specyficznego stanu widziałem wewnętrznie taki obraz: twarz pięknej kobiety, która równocześnie była bardzo smutna i patrzyła na mnie z wielką czułością. Za każdym razem byłem bardzo zdziwiony i pytałem ją: »Kim jesteś?«. Zawsze kiedy zadawałem to pytanie, łzy płynęły po jej twarzy i wtedy znikała. Po moim nawróceniu, kiedy zastanawiałem się nad tym przeżyciem, przeczuwałem mocno, że była to Matka Najświętsza, która próbowała dać mi znak. Znak od cierpiącej Matki, która widzi, że Jej dziecko odchodzi, gubi się, ale Ona szanuje jego wolność, może ofiarować mu tylko swoje łzy. Kiedy po raz pierwszy, już jako ksiądz, przyjechałem w 1995 r. do Polski, zatrzymałem się w sanktuarium Matki Bożej w Częstochowie. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy podczas celebrowania Eucharystii, gdy znajdowałem się tuż przed ikoną Matki Bożej, rozpoznałem twarz tej kobiety, która przychodziła do mnie, aby spotkać się ze mną, tam w Indiach” (J.M. Verlinde: Bóg wyrwał mnie z ciemności, s. 6).