Portal Polonii szukającej Wartościowych Znajomości - Miłości i Przyjaźni.

zapamiętaj mnie zapomniałeś/aś hasła?

Dom na skale

Autor: Sławka      Data publikacji: 2011-06-15

Nasz dom na skale, zawieruchy i wierność Boga - świadectwo.


Ja - zakompleksiona, nieśmiała, samotna, stojąca na boku w klasie. Mój charakter sprawiał, że od dziecka garnęłam się do Kościoła. Moją „przyjaciółką” stała się Maryja.To, że mogę schronić się w jej  ramionach, pomogła mi odkryć moja katechetka s. Teresa – urszulanka, która uczyła mnie religii przez całą szkołę podstawową i średnią. Słuchałam z wielkim zainteresowaniem, o czym siostra mówi, na lekcje religii biegłam z radością. Siostrze Teresie w pewnym sensie również zawdzięczam moją miłość - jedyną, która trwa do dziś - już blisko 30 lat.


Jako nastolatka na religii usłyszałam, że o dobrego męża możemy się modlić do św. Antoniego. Odtąd  powierzyłam moją przyszłość Maryi i prosiłam o wsparcie św. Antoniego. Miałam ogromne pragnienie, aby mój przyszły chłopak i mąż był blisko wiary i Kościoła – to była najważniejsza cecha, jaką powinien posiadać. No i stało się. Był maj, miesiąc Maryi i miesiąc zakochanych. Miałam 16 lat. Szłam z moim młodszym bratem ministrantem na nabożeństwo majowe. Minął nas, obok mojego ukochanego kościoła pw. Św. Augustyna w Warszawie, pewien chłopak. Poczułam, jak serce uderzyło z olbrzymią siłą. Mój brat powiedział mu ,,cześć”, byłam tym zaskoczona. To twój kolega? - spytałam (ten chłopak wyglądał na ok. 20 lat). Brat powiedział, że też jest ministrantem i go zna. Mój brat w przeciwieństwie do mnie był śmiały i zaczepny, więc ta różnica wieku nie była problemem, aby się kolegować. I właśnie 9-letni brat był pośrednikiem, którym posłużył się Pan Bóg, aby nas ze sobą poznać. Od niego dowiedziałam się, że on ma na imię Bogdan, studiuje, a także kiedy ma dyżury ministranckie i kiedy służy do Mszy Świętej. Ku mojej radości zobaczyłam, że jest bardzo często na moim ukochanym nabożeństwie majowym. Stałam pod filarem w kościele i nie tylko modliłam się, ale także co jakiś czas na niego zerkałam.

 

Mój rezolutny brat zaanonsował mnie w ,,grupie starszych ministrantów” wiernych nabożeństwu majowemu. Znalazłam się więc bliżej mojej ,,pierwszej miłości”. Chodziliśmy na majowe, a potem razem na spacer albo do małej kawiarenki ,,Marzenie” w pobliżu kościoła na Nowolipkach. Okazało się jednak, że mój wybranek ma dziewczynę. Zaczęłam się modlić do Maryi, aby pełniła się wola Boża-nie nalegałam na to, że to ma być mój mąż. Wiedziałam, że Bóg wie lepiej, choć nie ukrywam, że momentami było trudno. Miałam jednak już swoje ,,kościelne towarzystwo” – nie czułam się samotna. Byłam zapraszana na imieniny czy sylwestra. To był prezent od Pana Boga i krok ku temu, by wyzbywać się kompleksów i nieśmiałości.


Po roku na moje imieniny zaprosiłam znajomych, a także tego moją sympatię z jego dziewczyną. Przyszedł sam. Tego wieczoru był dla mnie milszy niż zwykle i wyraźnie zaczął mnie wyróżniać. Następnego dnia w niedzielę, pod pozorem skorzystania z telefonu (to były czasy gdzie nie w każdym domu był telefon), przyszedł do mnie po niedzielnej Mszy Świętej i… siedział do wieczora. I tak powoli się zaczęło. Przychodził coraz częściej, zaczęły się wspólne spacery. Na początku miałam problem, zastanawiałam się, co z tą dziewczyną. Wszystko to oddałam jednak Maryi. Po pewnym czasie rozstali się na dobre.

 

Zaczęliśmy się spotykać. Potem 5 lat chodzenia ze sobą, czas olbrzymiego zmagania się z czystością, wielu modlitw i łez, aby w tej czystości wytrwać do ślubu. Przyszedł moment planowania wspólnej przyszłości i pojawiły się trudności. Mój wybranek był jedynakiem i jego mama z wielką nieufnością patrzyła na mnie jako na przyszłą synową. Jego tata był małomówny, ale wystarczyło niewiele słów, pełne łagodności i przyjaźni spojrzenie, żeby nabrać otuchy, że będzie dobrze. Nie dane mi było cieszyć się długo jego życzliwością. Dostał wylewu, został sparaliżowany, przestał mówić. Wiele miesięcy w szpitalu na oddziale neurologii. Kiedy mogłam chodziłam do niego, jak potrafiłam pomagałam przy jego pielęgnacji. Czułam jak bardzo jest mi bliski, choć nie był jeszcze moim teściem. Potem przykuty do łóżka leżał w domu. Widziałam jego łzy płynące z niemocy.

 

Mimo tej choroby zaczęliśmy planować ślub. Wiedzieliśmy, że będzie trudno, bo mama narzeczonego była chora na serce i na pewno nie dałaby rady sama opiekować się swoim mężem. Nakłaniała nas żebyśmy ślub odłożyli, ale jego tata swoim wyrazem twarzy, bo tylko tak mógł, dawał znać, że chce żebyśmy się pobrali. Wszystko było już zaplanowane, zamówione, jednak trzy miesiące przed zaplanowaną datą umiera tata narzeczonego. Znów zmaganie: odkładać o rok czy nie. Po wielu modlitwach i spowiedzi postanowiliśmy wziąć ślub, ale nie robić wesela. Moja przyszła teściowa była tym wzburzona - bo przecież był to czas ,,rocznej żałoby”. My jednak nie zmieniliśmy zdania. 12.07.1987 roku przyszedł ten upragniony dzień. Na Mszy Świętej, w czasie której udzieliliśmy sobie sakramentu, byliśmy szczęśliwi. W naszym kochanym kościele św. Augustyna czuliśmy bliskość Pana, który jest z nami. I dlatego nie było w nas żadnego spięcia, nieśmiałości, tylko radość. To dostrzegli goście, którzy byli na naszym ślubie. Po uroczystości pojechaliśmy na grób do taty, złożyliśmy kwiaty i powiedzieliśmy o naszym szczęściu wierząc, że wstawia się za nami na progu naszego nowego życia. Potem odbyło się skromne przyjęcie bez muzyki i zaczęła się szara codzienność.

 

Całość tekstu na www.za-kochanie.pl

1
wróć do kategorii Świadectwa

Szukaj

Płeć:
  •  
  •  
Wiek:
Państwo:



Cytat na dziś

Każde życie, nawet najmniej znaczące dla ludzi, ma wieczną wartość przed oczami Boga.
2012-05-21