Przez 35 lat, nie znając Boga ani wiary, szedłem przez życie, kłamiąc, kradnąc i zabijając siebie alkoholem, lekami, narkotykami... Ceniłem tylko te wartości, które znajdują się na topie współczesnego świata...
Czyniłem zło i zło zbierałem; do końca zakłamany, nie widzący swoich grzechów, win i całej tej zgnilizny w sobie, uważałem, że wszyscy inni mnie krzywdzą, że mnie nie rozumieją – i dlatego to zło mnie spotyka. Zacząłem nienawidzić świata, ludzi, a po jakimś czasie i siebie...
W moim rodzinnym domu nie było Boga, a jedynie ciągłe awantury pijanego ojca, z którym po pewnym czasie zacząłem wspólne picie. Zaszedłem w tym dalej od niego – osiągnąłem stan zaawansowanego alkoholizmu, ze wszystkimi stanami delirycznymi włącznie, z paraliżami powodowanymi czasowym brakiem wszystkich używek... Doprowadziło mnie to do skrajnej degeneracji, czego przykładem może być następujące zdarzenie: będąc na głodzie alkoholowo-lekowym, przyszedłem do domu i od schorowanej mamy (po operacji serca) próbowałem, po raz któryś z rzędu, wyrwać parę groszy. Wybuchła awantura, mama zasłabła. Karetka pogotowia zabierała mamę, a ja myślałem o tym, żeby jak najszybciej odjechała, żebym mógł wynieść co cenniejsze rzeczy i zamienić je na alkohol i leki...
Któregoś dnia doszedłem do wniosku, że nie jestem już człowiekiem, ale chodzącym złem – i zacząłem szukać śmierci... Sądziłem, że w ten sposób znalazłbym rozwiązanie wszystkich swoich problemów. Śmierć ojca, a później mamy przyspieszyła tylko mój upadek; pozostała rodzina (brat i siostra) pozamykała przede mną drzwi. Została mi więc samotność i włóczęgowski tryb życia – kanały, klatki schodowe, piwnice, dworce... Bezdomność, mój cień – kac, i pęd, pęd do zła, aż do zatracenia... Moje zdjęcia wisiały w sklepach, kawiarniach z podpisem „Uwaga, złodziej!”. Napiętnowanie na maksa. Musiałem chodzić kanałami, bałem się dnia... Cały ten lęk i nienawiść do wszystkiego, co dobre, zabijałem śmiercionośnymi mieszankami alkoholu i leków...
Pijąc te „wynalazki”, doszedłem do takiego stanu, że niejednokrotnie leżałem brudny w centrum miasta, obojętnie gdzie, tam, gdzie mnie powaliło... Już nikt się do mnie nie przyznawał, bo byłem jak ścierka powalana w łajnie zła...
Za swoje niecne czyny trafiałem do więzień. To były, paradoksalnie, chwile oddechu dla mnie, ale i tam piłem i ćpałem. Któregoś dnia wyszedłem i za litr wódki kupiłem adres „meliny” – Dom św. Brata Alberta w Świnoujściu. Poznałem tam inny świat: życzliwość, zrozumienie, modlitwy przy posiłkach... Wszyscy byli niby tacy sami jak ja, ale inni niż ja: bogatsi o coś, czego sam nie miałem – bogatsi o wiarę. Bałem się wejść do kaplicy domowej, gdzie odmawiana była koronka do Miłosierdzia Bożego. Uważałem się za innego, dlatego też poszedłem do miasta, zrobiłem włamanie i wniosłem do tego domu alkohol i zło. Uważałem oczywiście, że dobrze zrobiłem, odwdzięczając się w ten sposób za gościnę...