Nazywam się Piotr Pająk. Urodziłem się w 1984 roku. Pochodzę z parafii pw. św. Urbana, z małej wioski położonej na południu Polski o nazwie Hecznarowice. Niniejszym chcę zadośćuczynić gorącemu pragnieniu mojego serca, aby złożyć wobec Was świadectwo otrzymania przeze mnie od Boga szczególnej łaski.
Wydarzyło się to w roku 1993. Miałem więc wtedy dziewięć lat. Rok ten był dla mnie rokiem szczególnym. W maju tegoż roku dostąpiłem bowiem wielkiego szczęścia, którym było przyjęcie przeze mnie Pierwszej Komunii świętej. Moje serce przepełniała z tego powodu wielka radość. Nie wiedziałem, jak mógłbym podziękować Bogu za tę łaskę, która stała się wówczas moim udziałem. To pragnienie złożenia podziękowania Bogu za przyjęcie przeze mnie do mojego serca Najświętszego Ciała Jezusa Chrystusa, znalazło wyraz w dziękczynnej pieszej pielgrzymce z rodzinnej parafii do pobliskiego sanktuarium maryjnego w Hałcnowie. Najświętsza Maryja Panna jest przedstawiona w tym sanktuarium jako Bolejąca Matka Chrystusa, która trzyma w swoich ramionach zdjęte z Krzyża Ciało zmarłego Jezusa, jest to tzw. pieta. Taka pielgrzymka była kiedyś tradycją mojej rodzinnej parafii. W pielgrzymce tej brały udział dzieci, które w danym roku przyjęły Pierwszą Komunię świętą, ich Rodzice oraz duszpasterze parafii. Udałem się zatem i ja w pielgrzymce do tego sanktuarium wraz z moimi Rodzicami.
Klęcząc przed ołtarzem, u stóp Pani Hałcnowskiej, i dziękując Bogu za dar Pierwszej Komunii świętej, uczyniłem wówczas akt oddania mojego serca i całego mojego życia w Matczyne dłonie Najświętszej Maryi Panny. Przez ten akt pragnąłem także zobowiązać się w moim życiu do wierności Bogu i Maryi. Dziś wierzę mocno, że tamten akt stał się zobowiązaniem również dla Maryi.
Wierzę, że w tamtym pamiętnym dniu Maryja przyjęła w darze moje serce i moje życie. Potwierdzeniem tego są dla mnie różne wydarzenia mojego życia, w których niemal namacalnie doświadczam Jej Macierzyńskiej pomocy. Szczególnym potwierdzeniem dla mnie przyjęcia przez Maryję mojego aktu oddania się Jej w opiekę jest to, co miało miejsce kilka miesięcy później.
Wydarzyło się to w sobotę, 31 lipca 1993 roku. Po Mszy świętej wieczornej, w czasie której służyłem przy ołtarzu jako ministrant, wyszedłem z kościoła i kierowałem się w stronę mojego domu. Trochę się wówczas spieszyłem, ponieważ tego wieczoru wraz z moimi Rodzicami i Rodzeństwem mieliśmy jechać na spotkanie do naszych znajomych. Wracałem wtedy do domu razem z moim kolegą, który miał ubrane nowe buty. Fakt ten nie byłby istotny, gdyby to właśnie z tymi butami nie byłaby związana cała historia. To one bowiem stały się przyczyną tego, co się wydarzyło. Otóż z kościoła do mojego domu prowadzą dwie drogi. Pierwsza z nich, krótsza, biegnie obok płotu sąsiadów, i jest to zwykła kamienista ścieżka. Druga droga, dłuższa, biegnie dookoła, i jest to droga asfaltowa.
Tak się akurat złożyło, że tego dnia padał deszcz, i ta krótka ścieżka, po której mieliśmy iść, była pełna błota. Z uwagi, że mój kolega nie chciał sobie pobrudzić swoich nowych butów, po małej kłótni zdecydowaliśmy się pójść drogą asfaltową. Nie uszliśmy jednak daleko, może kilka metrów, bowiem na wysokości plebanii wjechał na chodnik i na nas samochód dostawczy. Mój kolega szedł od strony płotu, więc został on uderzony mniejszą siłą, zredukowaną już przez moje ciało. Ja szedłem od strony ulicy, więc samochód uderzył prosto we mnie. Siłą uderzenia wpadłem na kolegę, a następnie odbiłem się od niego i ciałem uderzyłem w płot, z kolei odbiłem się od płotu i uderzyłem w maskę samochodu, a odbiwszy się od maski samochodu uderzyłem głową o krawężnik chodnika.
Świadkowie wypadku natychmiast pobiegli do mojego domu zawiadomić o tym, co się stało oraz zadzwonili po pogotowie ratunkowe. Gdy na miejsce wypadku przybiegła moja Mama, jedna ze stojących obok mnie kobiet pozbierała z ulicy zęby, które mi wypadły wskutek uderzenia i złożyła je w jej ręce. Ambulans jednak długo nie przyjeżdżał, więc zdecydowano się zawieźć mnie do szpitala samochodem osobowym. Z ambulansem, który po mnie jechał, minęliśmy się przy cmentarzu. Zawieziono mnie do najbliższego pogotowia ratunkowego, gdzie mnie opatrzono i wysłano już karetką do najbliższego szpitala. Tam jednak mnie nie przyjęto, ponieważ szpital nie dysponował lekarzami specjalistami, ani odpowiednim sprzętem, aby mnie można było zoperować. Wysłano mnie więc do specjalistycznego szpitala oddalonego o ok. 60 kilometrów od miejsca wypadku, do Katowic.
A czas płynął.
Gdy dowieziono mnie wreszcie do szpitala w Katowicach, lekarz neurochirurg powiedział,
że on nie widzi, co miałby operować, ponieważ moja głowa jest cała roztrzaskana. Zdecydował się zatem odesłać mnie najpierw do chirurga plastycznego, któremu zlecił poskładanie mojej głowy. Miałem więc najpierw operację plastyczną, a następnie trwającą kilkanaście godzin operację neurochirurgiczną, którą przeprowadziły dwie ekipy lekarzy. Następnego dnia prowadzący mnie lekarz wezwał moich Rodziców na rozmowę. Podczas niej poinformował ich, że w mojej obecnej sytuacji on daje mi pięć procent szans na przeżycie, i że jeżeli w ogóle przeżyję, to uszkodzenia są tak wielkie, że nie będę chodził i nie będę widział.
Rodzice pełni wiary, nadziei i miłości niezwłocznie skierowali swoje kroki do sanktuarium w Hałcnowie, przed tron Matki Bożej Bolesnej. Tam w modlitwie prosili Najświętszą Maryję Pannę o życie i zdrowie dla mnie, prosili Ją o wstawiennictwo za mnie do Jej Syna, Jezusa Chrystusa.
Prośby zanoszone przez wielu ludzi do Boga i Maryi o moje życie i zdrowie zostały wysłuchane. Dwa tygodnie po wypadku wyszedłem ze szpitala o własnych siłach, na własnych nogach, patrząc oczami pełnymi wdzięczności na lekarzy, pielęgniarki i na wszystkich, którzy przyczynili się do tego, abym mógł żyć, chodzić i widzieć.
Mój szybki powrót do zdrowia wkrótce uznano za cud dokonany za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny z Hałcnowa. Całe to wydarzenie zbiegło się w czasie ze staraniami kustosza tego sanktuarium o otrzymanie papieskich koron dla hałcnowskiej piety. Historię mojego uzdrowienia odczytano jako jeden z ewidentnych znaków i potwierdzeń, że pieta Hałcnowskiej Pani jest cudowną figurą, że na tym miejscu, w sanktuarium w Hałcnowie, Maryja wysłuchuje próśb ludzi i skutecznie wstawia się za nimi do swojego Syna, a naszego Pana, Jezusa Chrystusa.
W kilka miesięcy później byłem uczestnikiem uroczystości koronowania koronami papieskimi hałcnowskiej piety. Koronacji tej dokonał ks. kard. Franciszek Macharski. Warto podkreślić, że ta uroczystość była w swym przebiegu niezwykła. W dniu koronacji hałcnowskiej piety od samego rana padał deszcz. Po homilii, w momencie, kiedy rozpoczynał się obrzęd koronowania cudownej figury, deszcz przestał padać, zza chmur wyszło słońce, a nad hałcnowskim sanktuarium pokazała się tęcza. W momencie, kiedy zakończono obrzęd koronacji, znad sanktuarium znikła tęcza, chmury zasłoniły słońce, a deszcz zaczął ponownie padać, i padał już do następnego dnia.
Dla dania świadectwa ludziom o skuteczności modlitwy i mocy wiary, kustosz sanktuarium w ubiegłym roku umieścił w jednym z okien kościoła witraż ze sceną mojego uzdrowienia.
Dzisiaj witraż ten jest wołaniem skierowanym do wszystkich nawiedzających hałcnowskie sanktuarium pątników, że tutaj jest obecna Bolesna Pani Hałcnowska, która skutecznie wysłuchuje próśb tych, którzy wierzą w Jej Syna, Jezusa Chrystusa. Witraż ten jest świadkiem, że Jezus Chrystus na prośbę swojej i naszej Matki może uczynić wszystko, że może nawet najbardziej tragiczną sytuację przemienić w pełnię życia.